Poniżej przytaczam fragment mojej książki "Nie będę płakać", gdzie wychwalam pod niebiosa naszą drużynę

Pierwsi ruszyli do boju Polacy. Najpierw ostrożnie – jakby badali grunt pod stopami, by pod koniec
pierwszej połowy natrzeć na przeciwnika z całą mocą. I rzeczywiście w pierwszym
minutach spotkania dało się wyczuć w polskiej drużynie obawę, a wręcz strach
przed potężnym przeciwnikiem. W konsekwencji zamiast ruszyć do ataku bronili
rozpaczliwie swoich pozycji. Dosłownie jak cnotliwa
Wanda przed Niemcem. Przykro było patrzeć na ich poczynania.
Już chciałem rzucić to wszystko i zejść na basen. W moim sercu rozgrywał się
prawdziwy dramat.
– Jak nic zetrą nas w pył! Byłem gotów się założyć.
…I ledwie ta myśl
przemknęła mi przez głowę, zauważyłem przerażony, że na skutek błędu naszej obrony
– Ronaldino, przedarł się na nasze pole karne i błyskawicznie oddał strzał.
Piłka gnała jak szalona i już miała osiągnąć cel, gdy na jej
drodze stanęła stopa polskiego bramkarza. Wyglądało to wprost magicznie, gdy
Wojciech
Szczęsny niczym mityczny Herkules, przycisnął piłkę do ziemi.
Wtedy nowy duch wstąpił w polskich piłkarzy i od tego
momentu zaczęli grać tak – jakby świat miał się dziś skończyć.
Na efekty nie trzeba było
długo czekać. W dwudziestej minucie meczu na pole karne przeciwnika, przeniknął
jak zły duch sam Robert Lewandowski i… strzelił
pierwszą bramkę!
Ogromna radość przeszyła moje serce. Poczułem, jak rozpiera
mnie duma z faktu bycia Polakiem!
Wówczas oczyma wyobraźni ujrzałem pola Grunwaldu i Władysława Jagiełłę, gromiącego Krzyżaków.
Nieoczekiwana strata bramki podziała na Brazylijczyków mobilizująco
i z miejsca ruszyli do kontrataku. Lecz tu napotkali na mur, nie do przebicia. Po
krótkiej wymianie piłek zostali wyparci na swoją stronę boiska oraz pogonieni –
ku własnej bramce.
Gdy już czuli na plecach oddech Polaków, próbowali naprędce
sklecić linię obrony. Na próżno! Nie minęła minuta, gdy po raz drugi
brazylijski bramkarz musiał wyjmować
piłkę z siatki.
Wówczas stadion oszalał, a ja razem z nim! – Moje serce zaczęło
walić jak młot i krzyczeć wniebogłosy:
– Znowu Polacy górą!
Tak jak trzysta lat temu, gdy wojska Hetmana Sobieskiego odpierały
hordy tureckie, ratując Wiedeń i całą Europę. Czułem się tak podekscytowany, że
słyszałem szum skrzydeł husarii. I teraz już byłem pewien, że Polska potęgą
jest i basta!
Kiedy myślami błądziłem wokół ”Złotego Jabłka” sędzia właśnie odgwizdał koniec pierwszej
połowy. Wówczas stadion eksplodował niepohamowaną radością. Ja postanowiłem
zaczekać z tym do końca spotkania. Tak dla ostrożności, by przypadkiem nie
zapeszyć; chociaż w środku trawiła
mnie ogromna radość. Siedziałem, więc na kanapie i darłem się jak opętany:
– Ja chyba śnię! – Ja
chyba śnię!
Gdy po przerwie zawodnicy wbiegli na murawę przywitał ich
grad oklasków, lecz oni zdawali się – nie zwracać na to uwagi.
Jedynie ogromna determinacja wypisana na ich skupionych twarzach,
pozwalała przypuszczać, że prędzej zginą, niż dadzą sobie odebrać zwycięstwo. W
końcu byli profesjonalistami i nie zamierzali chwalić dnia, przed zachodem
słońca – w myśl zasady, że dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe. Zamiast więc
śnić o potędze, przeszli błyskawicznie do ataku. Nie minęło pięć minut i
mieliśmy kolejnego gola w wykonaniu Roberta Lewandowskiego.
Współtwórcą tego ogromnego sukcesu był nasz drugi wielki piłkarz
– Kuba Błaszczykowski. Tym właśnie sposobem, cała Polska stała się świadkiem drugiego
cudu nad Wisłą – po tym jak Józef Piłsudski, gromiąc bolszewików ocalił świat
przed czerwoną zarazą.
I tak – jak przed laty – ten dzień zapisze się złotymi
zgłoskami w naszej historii,
jako dzień triumfu Polaków.
Aczkolwiek Brazylijczykom również należały się słowa
uznania, gdyż walczyli dzielnie do samego końca.
Niestety na trzy minuty przed końcem meczu, stracili czwartą
bramkę! Oszołomiony niespodziewanym zwycięstwem, poczułem się niczym Wałęsa, przeskakujący
przez płot Stoczni Gdańskiej.
W euforii wyskoczyłem na środek pokoju i zacząłem skakać pod
sam sufit, albo jeszcze wyżej.
Razem ze mną
eksplodował cały stadion!
Nie minęły dwie minuty, gdy brytyjski sędzia odgwizdał
koniec meczu Polska – Brazylia – z rezultatem 4:0 dla naszych!
I w tym momencie nie było na stadionie nikogo, kto by
pozostał na swoim miejscu. Ludzie, szlochając, padli sobie w ramiona i całowali
się nawzajem. Okrzykom i łzom radości nie było końca.
Patrząc na tę eksplozję radości – moja dusza krzyczała na
cały głos: – Na Polskę nie poradzę!!!